Wielmożny eks-towarzysz Marek Zdrajca Borowski raczył odezwać się, z charakterystycznym dla siebie mentorskim tonem, że oto Grzegorz Napieralski zmarnował co najmniej połowę głosów zdobytych w pierwszej turze. Zachowanie Kandydata SLD miało być „niegodne lidera, polityka". A to dlatego, że nie poparł w czambuł Komorowskiego w drugiej turze. Widać eks-towarzyszowi zamarzyła się konferencja prasowa i wspólne ściskanie się made by Wojciech Olejniczak. Osobną kwestią jest używanie pamięci marszałka Szmajdzińskiego, który rzekomo miałby stać koło Komorowskiego, komentarza to nie wymaga - wydaje się to oczywiste.W ocenie Borowskiego wyniku Napieralskiego nie można przełożyć na wybory parlamentarne, bo „lewica musiałaby się połączyć". Tak oto usiłuje się lewicy wcisnąć nowy kit - LiD - tyle że bez demokratów, chociaż znając miłość szefa SdPl Filemonowicza do PD i Kuźmiak, także tego można by się spodziewać. Na szczęście SLD nie jest już na tyle podupadłe i głupie by w kolejne alianse z Borowskim, Nałęczem, Frasyniukiem i innym salonowym towarzystwem wchodzić. Wybory wygrywa się na ulicy, co pokazał Napieralski, a nie podniecając się przy stole Okrągłym Stołem. Dotyczy to także prezydenta Kwaśniewskiego, którego mina na wieczorze wyborczym szefa SLD była zaiste wymowna. Swoją drogą to najbardziej w całej kampanii podobała mi się postawa Leszka Millera. Ma on instynkt polityczny, wiedział po której stronie się postawić, jednak w ten sposób odkupuje swoje „samoobronowe" winy (SLD też nie było wtedy bez winy dla jasności).
Na zakończenie zastanawiam się na jakiej podstawie Borowski twierdzi, że „są lewicowi wyborcy, którzy z różnych względów nie chcą głosować na SLD". Nie raczył niestety myśli tej rozwinąć. Podejrzewam, że chodzi o te 0,5-1% poparcia dla SdPl, mieszczącego się idealnie na „dnie" marginesu błędu statystycznego.