4183 odwiedzin
<< Marzec 2010  >>
Po
Wt
Śr
Cz
Pt
So
Ni
1
2
3
4
6
7

8
9
10
12
13
14

15
16
17
18
19
20
21

22
23
24
25
26
27
28

29
30
31
 
 
 
 

raczej nie inaczej

raczej nie inaczej

Czw 11 mar 21:16

VIVAT POLONIA FRUSTRATA

od kolegainżynier @ 21:16

Już miałem się zachwycić!! Wpaść w wir egzaltacji, popełnić laurkę wazelinową, ale coś mnie tchnęło... Po wysłuchaniu „Dodekafonii” Strachów na Lachy - na ostrej fazie zauroczenia prawie napisałem wpis pochwalny.

Ostatnim rozsądnym manewrem, który udało mi się wykonać na muzycznym haju było postanowienie, że najpierw poszukam w sieci kilku informacji na temat płyty, by nie popełnić jakiejś bzdury przez błędne przekonanie o tym, że wiem o czym piszę.

 

Wpisuję hasło w wyszukiwarkę i bach!! Wyniki od góry do dołu - na blogach, forach, portalach muzycznych - same ochy i achy, zachwyty i cmokania nad „Dodekafonią’.

 

Po co komu kolejny poemat ku chwale Grabarza i jego ekipy? Trzeba by pójść pod prąd, pod włos. Ale do czego tu się przyczepić? Denerwującej miejscami maniery wokalnej, kilku niegramatycznych i stylistycznie wątpliwych linijek tekstu? A może wersów, które nie znaczą nic? Chyba nie warto, bo cała płyta jest dobra, po prostu fajna, a singiel „Żyję w kraju...” ma takie momenty, że można paść.

 

I co z tego, że się opamiętałem... Skoro skrytykować i tak nie potrafię?

 

Najmocniejszym punktem krążka jest jego realizm (naturalizm, wręcz biologizm). Człowiek tego słucha refrenu i myśli: ja naprawdę Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch... (łac. membrum virile).

 

I nie chodzi tylko o polityków, urzędników, korporacje... Chodzi o te codzienne sprawy, o ten polski egocentryzm, egoizm. Krzysztof Varga - pisarz i redaktor Gazety Wyborczej powiedział w wywiadzie telewizyjnym, że Polska to kraj, który męczy. Że on żyje w Polsce i czuje się zmęczony.

 

Ja też czuje się zmęczony... Gdybym potrafił, gdybym mógł napisać, nagrać i wydać piosenkę o tym, co mnie boli w Polsce i Polakach, napisałbym jak wsiadam z synkiem do windy i duszę się w niej od papierosowego dymu, który zostawił po sobie sąsiad, jak nie mam gdzie zaparkować i widzę, że inne samochody zajmują po dwa miejsca na raz.  Napisałbym o tym, jak trzęsą mi się szklanki w szafkach, kiedy sąsiedzi imprezują, jak zbiera mi się na wymioty od psiego kału wyrastającego spod topniejącego śniegu... O sprawach prostych, najbliższych, na które mamy wpływ, które możemy zmieniać.

 

To, za co Grabarzowi mogę przybić piątkę, to opisanie gorzkiego obrazu nas samych, malującego się w Internetowych formach aktywności: 

Bywasz piekącym jadem trollów
Na internetowym forum
Vivat Polonia frustrata! Vivat Dąs Psychopata!
Jam nieudacznik grafoman i śmieć
Tylko tu możesz być bogiem - na wszystkich podnosisz nogę
Załatwiasz tę sprawę jak pies

 

O czym jest ta zwrotka? Wystarczy poczytać komentarze pod newsami na portalach informacyjnych i wszystko stanie się jasne...

 

Polonia frustrata...? zjawisko powszechne na długo przed wynalezieniem komputerów - na ulicach, w sklepach, na zebraniach, w urzędach... Niech pani za kasą w supermarkecie się pomyli, niech kierowca nie zjedzie na pobocze, żeby dać się wyprzedzić, niech kanar wlepi mandat w autobusie, niech w telewizji pokażą polityka z partii innej, niż ta popierana przez danego obywatela...

 

„Dodekafonią” Strachy na Lachy Ameryki (czy może Polski) nie odkryli. Big Cyc, Piersi, Kazik Staszewski – już dawno stali się dyżurnymi komentatorami aktualnych wydarzeń i prześmiewcami naszych narodowych przywar. Grabarz wchodzi w ten poczet – i to dobrze – bo wśród artystów od lat dyżurujących w muzycznej loży szyderców zaczyna czuć się zmęczenie.

 

Big Cyc kilkanaście lat temu to takie hity jak: „Nie wierzę elektrykom”, „Polacy”, „Gierek Forever”, „Oszukani Partyzanci” czy „Na zadupiu”. To podczas słuchania tych piosenek łapiemy się za głowy i mówimy: „O kurde, faktycznie!!” W 1998 zespół odszedł od dotychczasowej stylistyki – na płycie „Wszyscy Święci” znalazły się teksty krakowskiego poety Wiesława Dymnego. Po tym albumie Big Cycowcy chcieli wrócić do prześmiewczego tonu, ale zaczęli brnąc w przesadną dosłowność, nie zastawiali miejsca na interpretację, niczego nie trzeba było się domyślać. Takie single jak „Złoty warkocz”, czy „Moherowe berety” nie sprawiają, że po kilkukrotnym przesłuchaniu złapiemy się za głowę i powiemy: „Kurde, faktycznie…”

 

Paweł Kukiz za swych najlepszych czasów nie chodził na żadne kompromisy. Torpedował wszystkich, od kościoła („ZChN zbliża się”) przez lewicę („Powróćże komuno”) po skrajną prawicę („Impresje nacjonalistyczne”). Te piosenki to geniusz pastiszu, ironii i złośliwości. Zabawa słowem, znaczeniem, bez jadu, bez nienawiści, ale w samo sedno z niebywałym polotem.

 

Wszystko zaczęło się zmieniać po tym, jak pan Kukiz spotkał się z panem Borysewiczem. Nagranie wspólnej płyty z lekkimi balladkami musiało mocno wpłynąć na poziom frustracji Kukiza, bo rok później z piosenką „Wirus SLD” na ustach wyniósł sztandar Polonia Frustrata na wyżyny maniactwa i nienawiści.

 

Na szczęście klasę wciąż trzyma Kazik Staszewski. Od prawdziwej do bólu piosenki „Jeszcze Polska” nagranej pod sztandarem KNŻ, przez prześmiewcze „12 groszy”, „Mars napada”, „Cztery pokoje” z płyt solowych, po klasyk, jakim jest „Polska”. I choć utwór ten mówi o plażach brudnopiaskowych, o Bałtyku śmierdzącym ropą naftową, o chodnikach zarzyganych i dworcach tak brudnych, że pękają oczy…to mówi o Polsce, o kraju, w którym wszyscy mieszkamy, żyjemy właśnie TU. Czy to nie jest prawdziwy patriotyzm, czy szczera miłość do ojczyzny to miłość nie za coś, ale pomimo czegoś…?

 

Choć słuchając „Dodekafonii” będziemy musieli przełknąć niejedno ziarno goryczy, choć nie raz nas zemdli, to jednak gdzieś w tej płycie ukryta jest iskierka nadziei, płomyk ukojenia, jest ta płyta pewnym katharsis. W końcu ktoś to zauważa, ktoś nie boi się mówić o Polsce takiej jaka jest, nie boi się mówić cierpko i gorzko o miłości. W końcu możemy się przestać martwić, bo okazuje się, że z naszą psychiką wale nie musi być coś nie tak, a wręcz odwrotnie - to całkiem trzeźwe odczucie, kiedy męczy nas permanentna myśl, że żyjemy w kraju, w którym wszyscy chcą nas zrobić w ch… (łac. membrum virile).


Komentarze Nie ma żadnego komentarza
Pt 5 mar 11:16

Festiwal Piosenki Okolicznościowej

od kolegainżynier @ 11:16

„You Tube – czy na pewno jest się czym chwalić?” – to tytuł pisemnej pracy zaliczeniowej, którą znajomy nauczyciel miał okazję niedawno oceniać. Jak dla mnie – pytanie czysto retoryczne...

 

Co jakiś czas (można nawet stwierdzić, że dość systematycznie) jeden z milionów amatorów internetowego performeru zyskuje status Gwiazdy Internetu. Pani Barbara, Waszka G, DJ Magik, Gracjan Roztocki – to już ikony youtube’owej aktywności „twórczo-publicystycznej”. Jeszcze Lech Roch Pawlak – mistrz hip-hopowego freestylu – i to w dowolnym języku!! Szczególnie biegły w bełkocie z udawanym francuskim akcentem. Podobny manewr stosował Charlie Chaplin, kiedy parodiował Hitlera w filmie „Dyktator”. Chaplin wykrzykiwał przypadkowe quasi-artykułowane dźwięki z niemiecka manierą z taką perfekcją, że naprawdę można się nabrać, że mówił w języku Bawarczyków. MC Lech Roch - jak by nie patrzyć – garściami czerpie z klasyka.

 

Z krainy dywagacją płynącej wracamy jednak do tematu:

 

Na internetowej scenie pojawiła się gwiazda międzynarodowa! Piosenka „United Breaks Guitars” bije w sieci rekordy popularności. Kanadyjski artysta folk-rockowy David Carroll opowiada w tym utworze (i teledysku) o tym, jak obsługa bagażowa linii American Airlines, podczas przeładunku, zniszczyła jego gitarę firmy Taylor (ceny gitar Taylora nie schodzą poniżej 3 tysięcy dolarów). Dodatkowym impulsem do napisania protest-songu miało być oporne podejście linii do kwestii odszkodowania za zniszczony instrument.

Ponieważ folk-rock, podobnie jak country, cieszy się w USA i Kanadzie podobnym statusem co Disco Polo w Polsce – David Carroll (przez jakiś czas też zespołem Sons of Maxwell) trafiał do raczej zamkniętej grupy wyznawców północnoamerykańskiego folkloru. Jednak od kiedy w sieci pojawiła się piosenka i klip o złamanej gitarze (naprawdę zabawnie, ironicznie i inteligentnie opowiedziana historia) o muzyku w kilka dni dowiedziało się więcej osób niż przez ostatnie siedemnaście lat od wydania pierwszej płyty. Niesiony falą popularności muzyk nagrał jeszcze dwie kolejne części muzycznego opowiadania.

 

Piosenka okolicznościowa to jednak forma wyrazu stosowana już długo przed Davidem Carrolem.

 

Brytyjska kapela The Business nagrała piosenkę, w której wokalista  Micky Fitz ujada na Garetha Southgate’a – angielskiego piłkarza, który w półfinale Mistrzostw Europy 1996 nie wykorzystał rzutu karnego – w rezultacie Anglia przegrała z Niemcami, którzy potem zdobyli tytuł ME. Przegrana musiała do głębi poruszyć muzyków – kiedy kilka lat później obie druzyny spotkały się w eliminacjach do MŚ 2002 – na cześć wyniku meczu powstał utwór „England 5 - Germany 1”.

Piłkarskie inspiracje w piosenkach Businessów pojawiły się też w hymnie pochwalnym o wszystko mówiącym tytule: „Maradona, you are sh*t!”.

 

W klimacie pisania pod aktualne wydarzenia świetnie czuje się Kazik Staszewski, mało tego – w piosenkach posuwa się nawet do swego rodzaju polemiki. Na festiwalu w Sopocie w 1992 roku zgodził się wystąpić pod dwoma warunkami: występ będzie na żywo i sam dobierze repertuar. Wyszedł na scenę w kąpielówkach i zaśpiewał: „Wałęsa dawaj moje 100 milionów!”. Występ skomentował sam prezydent w wieczornych Wiadomościach.

 

Mistrzostwo w temacie piosenek okolicznościowych ostatnich kilku miesięcy należy się bezwzględnie  Tomaszowi Szczepanikowi z zespołu Pectus. Okazuje się, że jego dzieło „Jeden Moment” jest tak jałowe treściowo, że dobre na każda okoliczność. W wersji oryginalnej tekst piosenki zawiera dwie konkretne informacje:

 

1. nie wiadomo co się dzieje, ale wiadomo, że: W jednym z wielu miast za zakrętem

2. podmiot liryczny ma zaburzenia neurologiczne: Tylko jeden moment mam w pamięci, tylko jeden który ciągle trwa

 

Piosenka niedawno stała się polskim hymnem olimpijskim.

Sam autor muzycznej tabula rasa powiedział w wywiadzie, że został zmieniony jej tekst - pojawiły się takie sformułowania jak ”olimpijski znicz”, „zwycięstwo”, „siła do walki” - i już mamy gotowy utwór na igrzyska. Autora i głównego wykonawcę w nowej wersji piosenki pogrążają wokalnie Kasia Wilk i Andrzej Krzywy.

 

Bez paniki - piosenki można łatwo uniknąć – na utwór ma wyłączność Radio Zet. Cztery miesiące temu Mariusz Kirstein – dyrektor programowy i redaktor naczelny Zetki – powiedział w wywiadzie dla jednego z portali branżowych: Nasza stacja może być skierowana do bardziej wymagającego odbiorcy i koncentrować się na wskaźnikach jakościowych, a nie ilościowych – szkoda, że się nie udało.

 

Do tekstu (czy też schematu rytmicznego) pana Szczepanika można by dodać jeszcze wyrażenia „jacyś ludzie”, „dziwne uczucie” czy „zajęcia warsztatowe” i utwór promujący Muzeum Inwalidztwa Umysłowego jak znalazł. Refren też trafiony w dziesiątkę...


Komentarze Nie ma żadnego komentarza
Śr 24 lut 09:15

Przestań, nikt się nie połapie...

od kolegainżynier @ 09:15

Jedenastoletni, czarnoskóry analfabeta z Bronxu - takim modelowym odbiorcą informacji posługują się wydawcy jednej z największych krajowych stacji telewizyjnych w USA. Aby serwis informacyjny nie stał się szumem komunikacyjnym - reporterzy mają obowiązek przekazywać newsy w taki sposób, jakby starali się wytłumaczyć o co chodzi uczniowi podstawówki ze slumsów.

 

Ciekawi mnie jakim modelem odbiorcy posługują się producenci polskich produkcji kinowych i telewizyjnych. Ja stawiam na uczennicę gimnazjum, która nie może zdecydować się, czy wyjść za mąż za Pawła Małaszyńskiego czy może za Czarka z sąsiedniego bloku. Małaszyński jest słodki i koffany, ale Czarek ma Golfa dwójkę z dospawanym spoilerem i napisem PIONEER na tylnej szybie.

 

Dialogi jak z dowcipów Strasburgera, w kółko ci sami "aktorzy", nieudolne próby robienia komedii romantycznych "po amerykańsku" i amerykańskich sitcomów "po polsku". Kiedy usłyszałem, że ruszyły zdjęcia do filmu z Kasią Cichopek, Marcinem Hakielem i braćmi Mroczek pod tytułem "Dancing 4 You" pomyślałem, że tego nawet nie trzeba złośliwie komentować.

 

Szczególnie porusza mnie ignorancja, którą obserwuję na ekranie. W najnowszej produkcji „Usta Usta" jeden z bohaterów - posiadacz czarnego pasa Taekwondo - zamierza pobić faceta pod swoim domem. Akcja jest na tyle „dynamiczna", że mistrz wschodnich sztuk walki ma czas wrócić do mieszkania i przebrać się w strój Taekwondo (??). Niestety zamiast DOBOK (strój o kroju pochodzącym z Korei, z cienkiego materiału, nakładany przez głowę) ma na sobie grube plecione GI (używane w chwytanych sztukach walki - judo, aikido i innych pochodzących z Japonii).

 

A wystarczyłoby wpisać hasło w internetową wyszukiwarkę i wysłać inspicjenta po DOBOK, a nie „jakieś KIMONO" i mamy pełną profeskę na ekranie. Wygodniejsza jest widać zasada „a kto tam się zorientuje".

 

Z polskich napisów (tłumaczonych z resztą z angielskich) do reżyserskiego debiutu Kurosawy z 1943 wynika, że film opowiada o dwóch szkołach walki - karate i kung-fu. Oczywiście, oba style walki kojarzą się z dalekim wschodem, ale w rzeczywistości film jest o szkołach judo i ju-jitsu. Poza tym akcja dzieje się w Japonii, a kung-fu - z której strony by nie patrzeć - pochodzi z Chin. Autora napisów nie zmylił nawet tytuł „Saga o Judo".

 

Na ignorancję nie chcą sobie pozwolić producenci telewizyjnej utopii o szpitalu w Leśnej Górze - zatrudnili konsultantów medycznych. Ja radziłbym skonsultować się jeszcze z kilkoma prawdziwymi pacjentami.

 

Nowa kurtka Ramoneska i koszulka Pidżama Porno to według ekipy kostiumowej serialu 39,5 podstawowe atrybuty starego punkowca Darka (Karolak). Robert Brylewski w kąpielówkach wygląda bardzie „punkowo".

 

Może filmowcy są po prostu nieudolni - trudno wymagać od człowieka z poczuciem humoru Borata, żeby napisał zabawny scenariusz, czy od aktora o osobowości kodu kreskowego, by swoją kreacją wzbudzał salwy śmiechu. Tyle, że są jeszcze producenci, reżyserzy, kierownicy produkcji... Oni mają dbać o poziom merytoryczny produkcji, kontrolować, czy na ekran nie trafiały kompletne idiotyzmy. Oni te scenariusze kupują, zatrudniają aktorów, określają target - na jego podstawie szacują wpływy ze sprzedaży biletów czy reklam w TV. Trochę to straszne, że im się opłaca...


Komentarze Nie ma żadnego komentarza
Pt 19 lut 16:16

I jeszcze kaszankę... Dla pieska...cz. 2 - W kręgu zaufania

od kolegainżynier @ 16:16

Właśnie kwestie dobra naszego kraju poruszają najczęściej panowie w swoich rozmowach. Najbardziej zagorzały jest tu Jarek. On czyta najwięcej gazet i często słucha radia – jest najbardziej na bieżąco, jeżeli chodzi o zagrożenia czyhające na naród polski. Adrian od czasu, kiedy poznali się z Jarkiem też zaczął się interesować tym tematem. Teraz już wie na kogo trzeba najbardziej uważać i nie dać się zmanipulować czy wykorzystać. Czasem tylko w trakcie rozmów ze swoimi dwoma kolegami ma wrażenie, że komunistami, złodziejami i masonami są wszyscy, którzy akurat nie biorą udziału w dyskusji.

 

Poglądy Jarka są twardsze niż charaktery bułgarskich zapaśników. Na wszelkie wątpliwości Adriana odpowiada, że ten ma zaburzoną wizję świata bo od kiedy skończył 23 lata do roku ’93 przesiedział pijany w kotłowni. Taka była z resztą prawda…

 

Kiedy w ’67 towarzysz Gomułka otworzył nową ogromną fabrykę opon, Adrian od razu dostał posadę palacza. W fabryce praca była nieporównywalnie lżejsza od tej w jednostce wojskowej. Pełna automatyka sprawiała, że do obowiązków Adriana należało głównie pilnowanie urządzeń i kontrola wskaźników temperatur i ciśnienia. Najbardziej uciążliwa była jednak samotność. Z żoną już wtedy prawie nie rozmawiał, w ogóle w domu nie mógł się nawet porządnie odstresować ani odpocząć bo Irena albo krzyczała, albo płakała, chora kobieta… W domu wariatkowo, w pracy ciągle sam – jak tu nie pić?

 

Jarek śmieje się, że Adrian przez wódkę przeoczył jeden z najlepszych momentów, jakie wydarzyły się w czasie socjalizmu w Polsce. Ten jednak co nieco pamięta – to było mniej więcej rok po tym jak został zatrudniony w fabryce opon. Gazety rozpisywały się wtedy o zagrożeniach związanych z syjonizmem, było nawet w tej sprawie sympozjum pracownicze. Adrian podsłuchał też rozmowę swojej żony z koleżanką. Irena mówiła, że cała ta „kampania antysyjonistyczna” to zwykłą propaganda nienawiści. Mówiła, że środowisko akademickie w mieście zaczyna się w tej sprawie aktywizować i gdyby nie porzuciła kariery naukowej dla tego pijaka to pewnie też by się w te działania na Akademii zaangażowała.

 

Postawa Ireny to dla Adriana najlepszy dowód na to, że Jarek ma rację. Dobrze, że w ‘68 pozbyliśmy się przynajmniej części zagrożenia dla narodu…

 

Jarek żartuje często, że podobną wycieczkę w jedną stronę zafundował by wszystkim komunistom, którzy po przemianie ustrojowej dopchali się do koryta. Adrian zaraz odpowiada, że gdyby nie ci komuniści - przyjaciele nigdy by się nie poznali…

 

To było w ’93. Fabryka opon stanęła przed wyzwaniem działania na wolnym rynku – trzeba było ciąć koszty. Wybrane działy zakładu przeszły w ręce prywatnych podwykonawców - Adrian też trafił na „prywaciarza”. Ten z miejsca uciął mu wypłatę i zagroził, że jak zauważy go pijanego w robocie od razu wyrzuci na bruk. To chyba cud sprawił, że Adrian zamiast zalać się kolejny raz w trupa doznał przebłysku świadomości. W końcu dotarło do niego, że dług w spółdzielni mieszkaniowej coraz większy, a z o połowę mniejszą wypłatą może nie być kolorowo. Prawdziwy dramat to będzie, gdy za gorzałę w ogóle wyrzucą go z roboty. Wziął się w garść, przestał się upijać, załatwił w spółdzielni zamianę mieszkania z M3, w którym został po odejściu Ireny, na kawalerkę w wieżowcu. Tak się złożyło, że w takim samym mieszkaniu piętro niżej mieszkał Jarek.

 

Od słowa do słowa w windzie, przy śmietniku, w sklepowej kolejce Adrian opowiedział sąsiadowi o swojej sytuacji. Jarek szybko ją zdiagnozował – prywaciarze to najgorsi złodzieje, a szef Adriana to z pewnością stary komunista co złapał fuchę po znajomości. Jedyna metoda na przetrwanie dla uczciwych obywateli - takich jak oni -  to trzymać się razem. Sąsiedzi szybko się więc zakolegowali. Jarek pomógł Adrianowi nie odpłynąć w gorzelną malignę, pożyczał pieniądze. Panowie często się spotykali, dużo rozmawiali, Jarek opowiadał o tym kogo należy słuchać, na kogo uważać, kogo nienawidzić...


Komentarze Nie ma żadnego komentarza
Czw 18 lut 10:59

słowa jak stygmaty

od kolegainżynier @ 10:59

Do akcji społecznej „Tępy lud wszystko kupi” posła Jacka Kurskiego przyłączył się znany artysta hip-hopolowy o tajemniczym pseudonimie MEZO. Najnowszy przebój artysty śmiało mógłby też zostać hymnem Stowarzyszenia Poetów „NIEMOC”:

 Przy wódce mam zdolności przywódcze.
Przy łyżce błyszcze w towarzystwie.
Przy browarze każdą rozmowę przeprowadzę.
Przy winie chętnie coś o laskach przewinę
.

                                                            „Po Robocie”

 Może to taki trik, manipulacja! Dysonans w brzmieniu takiego zestawienia wyrazów, które nie wiem jak by się nie nagimnastykować – nie rymują się – ma pewnie przyciągać uwagę, rodzić domysły, skłaniać do przemyśleń. Może to działa – wyświetlenia piosenki w serwisie youtube można już liczyć w setkach tysięcy.

 Mimo tak zdecydowanego kroku w stronę awangardy słownej, MEZO nie zapomina też o ortodoksyjnych wyznawcach hip-hopu rymowanego. Działa zgodnie ze znaną przez większość przedszkolaków zasadą: wyraz najlepiej rymuje się sam ze sobą:

 Nie dajesz za wygraną, mówisz zagrajmy singla
Chodź dobrze wiesz mam przed sobą singla.
Kochana szukaj szczęścia na castingach.
Od rana musze wpaść do studia nagrać singla.

 I refren:

Po robocie nie gadamy o robocie

                                                „Po Robocie”

 Wyśmiewanie głupich tekstów w piosenkach stało się modne, kiedy na powierzchnię rodzimego bagienka muzycznego wypłynęła supergrupa FEEL. Podczas gdy cała Polska tupała nogą i nuciła ich trzyakordowe kompozycję – ktoś mądry postanowił zrozumieć o czym śpiewa Piotr Kupicha – i tak się zaczęło. Oddychający przez różową słomkę lider Feela szybko został okrzyknięty prorokiem współczesnego bełkotu pseudopoetyckiego – czy słusznie? Takie landrynki jak dobytek w postaci pustej szklanki z pomarańczami trafiały się w tekstach piosenek długo przed Kupichą.

 Jednym z pierwszych pop-rockowych poetów był z pewnością Gabriel Fleszar – na zasadzie: byle się rymowało  – zbudował kilka niezłych wersów:

 Wpisany w los - milczenia łyk - zapisany wierszem

Poetą Mistrz, a błaznem ja,

Z datą wczorajszego dnia.

                                                „Kroplą Deszczu”

 Kiedy się toczy los prostą drogą
Spokojnie tak
I kiedy wieczny blask w moich oczach
Kiedy otwieram drzwi
Wolność twarz z uśmiechem na mnie patrzy
Znika nagle strach

                                                „Wolne Myśli”

 Kukiz i Piersi nagrali concept-album „Raj na ziemi”, który opowiada historię życia pewnego Janka, Lao Che nagrali album o Powstaniu Warszawskim, a Fleszar nagrał dwa albumy o niczym – to też jakiś concept.

 Gwiazda rozbieranych sesji, która podobno „gra” też w jakiejś operze mydlanej – Kaja Paschalska – swoją karierę muzyczną podsumowała takim przebojem (nagranym z niejakim Funky Filonem):

 znam Chinkę cziku cizku linkę i jej matkę cziku cziku latkę
w Polsce żyją nie jest to przypadkiem
za chlebem przypłynęły kiedyś statkiem
albo może samolotem, ale chyba miałem nie o tym
tak w ogóle to są z Wietnamu

                                    „Mała Chinka”

 Wpadki zdarzają się też artystom doświadczonym i uznanym. Katarzyna Nosowka na płycie „Yugoton” śpiewa:

 Jedno jest pewne to była sobota,

Kot miał imieniny – sto lat, sto lat dla kota.

                                                „To była sobota”

 

Miło jest pożartować, ale gorzka prawda jest taka, że ktoś takie piosenki pisze, potem nagrywa, ktoś inny to wydaje, kręcili teledyski aż w końcu MY tego słuchamy. Słuchamy, ale jak się okazuje – nie SŁYSZYMY i często nie wiemy o czym jest piosenka.

 

Zbigniew Hołdys powiedział, że siedział kiedyś w barze, w którym kapela grała do kotleta „Nie płacz Ewka”. Wokalista zespołu zmieniał „Ewka” na imiona, które zamawiali panowie dla swoich towarzyszek: „Nie płacz Hania”, „Nie płacz Dorota” itd. Prawdopodobnie nie do końca wiedzieli, że tekst piosenki jest listem pożegnalnym samobójcy.

 Podobnie piosenka „Jaka róża taki cierń” – bohaterka w finale skacze z okna.

 Weselny wyciskacz łez wzruszenia – „Winda do nieba” to - wbrew ogólnemu przekonaniu – gorzka i ironiczna historia nieszczęśliwej kobiety.

 Przykłady można mnożyć i pewnie nie starczyło by miejsca na serwerach, gdyby chcieć wymienić wszystkie brednie w polskich piosenkach.

 Na szczęście rynek muzyczny nie kończy się na jednosezonowych popowych gniotach i kreowanych gwiazdkach dla mas. W muzyce każdy znajdzie coś na miarę swoich możliwości.

 Paweł Kukiz zapytany o Disco Polo powiedział:

"Trudno wymagać od prostego chłopa, żeby słuchał Mozarta, on woli Boysów i tyle".


Komentarze Nie ma żadnego komentarza
Śr 17 lut 14:59

I jeszcze kaszankę... Dla pieska... cz. 1 - Zgrana Ekipa

od kolegainżynier @ 14:59

Pan Adrian ma 70 lat. Mieszka w kawalerce w bloku z wielkiej płyty.

Mieszka sam bo z żoną Ireną rozszedł się 10 lat po ślubie. Irena zmarła na raka kilka lat temu, i choć mieszkała parę ulic od Pana Adriana - ten o śmierci żony dowiedział się z klepsydry powieszonej na tablicy przy Kościele. Później zadzwonił też syn - i tak cud, że zadzwonił.

 

Na pogrzeb poszedł, choć długo się nad tym zastanawiał - od rozstania prawie ze sobą nie rozmawiali. Irena nawet nie starała się o rozwód - po pierwsze mało kto się wtedy rozwodził, a po drugie - jak powiedziała - po tym wszystkim to już nie chce w ogóle na niego patrzeć. Adrian już po kilku latach małżeństwa zaczął podejrzewać, że jego żona jest wariatką, ale kiedy się rozstawali był już tego pewien. O co w ogóle chodzi tej kobiecie? Przecież miała co jeść, dzieci ubrane. Nie pił też suma sumarum wyjatkowo dużo, upijał się w zasadzie tylko kiedy chodził na nocki do roboty i przy sobocie, kiedy zapraszał kolegów na brydża albo tysiąca. Ale w końcu zarabiał i za swoje pił...

Z Ireną poznali się przez znajomych. Adrian miał 18 lat - akurat skończył zawodówkę i szedł odrabiać wojsko w kotłowni pod budynkiem oficerów na jednostce. Szybko zaczęli być ze sobą. Pobrali się w '62. Irena była na drugim roku w Akademii Rolniczej, ale żołd palacza odrabiającego wojsko ledwo starczał, więc rzuciła studia i zatrudniła się jako pomoc kuchenna w stołówce zakładowej.

 

Nie było kokosów, ale udawało się wiązać koniec z końcem. Mieszkali w pokoiku u babci Ireny, a po jej śmierci mieli już całe mieszkanko w kamienicy dla siebie.

 

Pan Adrian rzadko wspomina pierwsze lata małżeństwa - żal mu się robi, że ta zawzięta kobieta to wszystko zmarnowała. Przecież kiedy została szefową kuchni w stołówce, dostawała trzy razy wyższą wypłatę od niego, a jeszcze żądała, żeby on przynosił swoją do domu. Jeść nie brakował bo Irenie często udawało się wynieść co nieco z zakładowej kuchni. Żyła jak królowa, a on nie mógł nawet trochę polepszyć sobie komfortu swojej ciężkiej i poniżającej pracy. Kiedy w końcu mógł zacząć pić normalną wódkę, a nie kombinować z woda brzozową i podkradać wynalazki na spirytusie z magazynu na zaopatrzeniu jednostki. Kiedy nareszcie mógł funkcjonować jak człowiek, to ta wariatka zaczęła czepiać się bez powodu...

 

Pan Adrian prowadzi dość bogate, jak na swój wiek, życie towarzyskie. Z Jarkiem i Damianem spotykają prawie codziennie. Na szaleństwa już za późno, piją też rzadziej i po ćwierć, ale starają się razem chodzić do lekarzy - bo to raźniej w kolejce do gabinetu.Doskonale rozumieją się też w kwestiach politycznych i społecznych. Szczególnie przy kieliszeczku okazuje się, że dochodzą do wspólnych wniosków.

 

Męską przyjaźń cementują te same doświadczenia, te same zadry i rany noszą w sobie panowie -  zadane przez niewyrozumiałe żony-wariatki i niewdzięczne dzieci. Łączy ich ten sam ból, gdy widzą jak komuchy rozkradają Polskę, a w telewizji same pedały...


Komentarze Nie ma żadnego komentarza


 




Nasi partnerzy: